Zamiłowanie do różu pozostało mi chyba z dzieciństwa. Niegdyś zagorzała fanka najsławniejszej Barbary o nienaturalnych kształtach zdrobniale nazywanej Barbie, dziś lubię sięgać po róż w kosmetykach, jak również wprowadzać elementy w tym kolorze do garderoby. Moja cukierkowa miłość jest wszystkim dobrze znana, więc nie zdziwiłam się, gdy pod choinką w tym rok znalazłam błyszczyk o wiele sugerującej nazwie - Dolly Pink...
Dior Addict to błyszczyk o niebywale lekkiej konsystencji - nieporównywalny z dość kleistym JuicyTubes czy Scintillantes od Chanel. Choć wcześniej wspomniane uwielbiam, Dior funduje nam całkiem inne doznanie - jest ślisko, mamy uczucie natłuszczenia naskórka w chwili, gdy pokrywamy je kołderką produktu. Efekt jaki otrzymujemy jest delikatny - usta są rozświetlone miniaturowymi drobinkami, a ich kolor podkreślony. Po agresywnym różu nie ma na szczęście śladu. Na wzmiankę zasługuje bardzo wygodny aplikator - mały, elastyczny i miękki pędzelek z syntetycznego włókna wykonuje świetną robotę. Na bieżąco możemy również kontrolować stan błyszczyka - przezroczyste opakowania mają ten plus. Trwałość? Typowo błyszczykowa - mam chociaż nadzieję, że nie ma dużo kalorii :)
Cena - ok.129 zł za 6 ml (Douglas)
Tak kolor wygląda na moich ustach. Jest to ten typ wykończenia, który inaczej będzie wyglądać na każdej z nas w zależności od tego jaki jest nasz naturalny odcień ust.
Widzicie te migoczące drobinki ? :)